Malowałem od dziecka. Pamiętam doskonale tę chwilę, kiedy mój Ojciec podarował mi z okazji Pierwszej Komunii prawdziwe farby olejne. To było przeżycie… Może powinienem próbować dostać się do szkoły artystycznej? Może byłby z tego jeden więcej niezrozumiany, rozgoryczony, klepiący biedę artysta… Historię sztuki wybrałem, bo książki na tym kierunku były z obrazkami. Były to też chyba jedyne studia, na których nie było rosyjskiego. To także miało znaczenie. Nigdy nikt nie uczył mnie malowania. Jestem amatorem. To fajne, bo słowo amator zawiera ten miłosny element „ama”.
Jestem autorem kilkunastu komiksów. Najpierw sam rysowałem, a właściwie malowałem, wymyślałem fabułę, dialogi, postacie. Czułem się jak demiurg. Miałem absolutną władzę nad światem i tymi nieborakami, która wymyśliłem. Potem nawiązałem współpracę z Martinem, moim zięciem. No cóż, rysuje znacznie lepiej ode mnie – jest zawodowcem. Ale ja nadal wymyślam scenariusze, dialogi, postacie. Nazbierało się tych komiksów już kilkanaście. Opowiem Wam o nich. Pokażę. Wytłumaczę, o co i chodziło. A w ogóle, dlaczego komiksy – pomijając to błogie poczucie władzy, o którym wspominałem? Marzyły mi się filmy animowane. Ale do tego trzeba ogromnych pieniędzy, o które trzeba żebrać, zespołów ludzi, którym trzeba tłumaczyć o co chodzi, kłócić się z nimi, e-g-z-e-k-w-o-w-a-ć. To nie dla mnie. Wolę popędzać tego swojego małego osiołka brzegiem autostrady, po której pędzą rolls-royce i cadillaki. Niech pędzą… A ja robię swoje komiksy całkiem sam, a teraz z zięciem. Ja wymyślam, a on rysuje, dokładnie tak jak chcę. Mówię: „Tego typa nie lubię, zabij.” I tak się dzieje. Mówię: „Ten jest fajny, oszczędź.” I tak się dzieje. Jest fajnie. No więc… opowiem Wam o moich komiksach.
Juliusz Woźny
HITstory Wrocławskie i dolnośląskie sensacje, zagadki i sekrety