Trudno dziś wyobrazić sobie, że po uczcie zapraszamy przyjaciela na wspólną, popołudniową defekację. Mało tego. W tej samej obszernej toalecie pogawędkę jednocześnie odbywa około dwudziestu osób, siedząc obok siebie! Starożytni Rzymianie nie odczuwali skrępowania, najpierw wspólnie ucztując, a potem wspólnie udając się do toalety. Jako papier toaletowy stosowano wówczas wilgotne gąbki, płukane dla higieny w morskiej wodzie. Były one wielokrotnego użytku…
We wczesnym średniowieczu potrzeby fizjologiczne nadal załatwiano bez większego skrępowania. A zwyczaje te przetrwały znacznie dłużej, niż mogłoby się wydawać. Zerknijmy na malarstwo Niderlandów. Hieronim Bosh, tworzący na przełomie XV i XVI stulecia, w obrazie „Wędrowiec” umieszcza motyw często pojawiający się w malarstwie tamtego rejonu – „mężczyznę sikającego w pejzażu”.
Wychodek wkracza na scenę
W średniowiecznym Wrocławiu powszechnie stosowano tak zwane doły chłonne. Początkowo były to po prostu zagłębienia w ziemi, zlokalizowane na zapleczu działki. Z biegiem czasu konstruowano je coraz staranniej, wzmacniając ściany dołu rodzajem skrzyni z drewna, a jeszcze później stosując cembrowanie z cegły lub kamienia. Jak obliczył sobie tylko znanymi metodami wybitny znawca tematu — wrocławski archeolog dr Cezary Buśko, pięcioosobowa rodzina wypełniała w ciągu 7 lat metr sześcienny kloaki. Załatwianie się w takich warunkach jest mało komfortowe. To właśnie w średniowieczu wymyślono klasyczną drewnianą budkę z daszkiem, zamykanymi drzwiami i deską sedesową. Pozwalało to na unikanie krępujących sytuacji, ale też zapewniało znacznie wyższy komfort, co w krajach północy, gdzie deszcze, śniegi i mrozy, miało ogromne znaczenie. Zupełnie jak klasyczna „sławojka”. Już wtedy zdarzał się podział na toalety damskie i męskie. Te ostatnie miały w przedniej części okrągłego otworu wycięcie umożliwiające panom wygodniejsze zasiadanie na „tronie”.
Kloaka — sezam archeologa
Dla archeologów dawne doły kloaczne są bezcennym źródłem informacji. Można, badając odchody, poznać dietę dawnych mieszkańców Wrocławia. Można znaleźć części garderoby, buty, pasy, noże, naparstki, pierścienie, zabawki dziecięce, grzebienie, nocniki, zabawki dziecięce, które zapewne podczas opróżniania wypadały z rąk. Wszystko, co pechowcowi wpadło w czeluść dołu kloacznego. Wszystkie te przedmioty w beztlenowych warunkach kloaki zostały „zakonserwowane” i dotrwały do naszych czasów w znakomitym stanie. Archeolodzy muszą jednak pamiętać, że miejsca te kryją spore niebezpieczeństwo. Kloaczne doły cuchną straszliwie nawet po tylu latach, a gazy ulatniające się podczas prac wykopaliskowych mogą być niebezpieczne. Archeolodzy powinni w takich sytuacjach stosować maski przeciwgazowe.
Gdzie król piechotą chadzał…
Kolejnym średniowiecznym wynalazkiem były ubikacje umieszczane wysoko w wykuszach umiejscowionych w zamkowych murach. To właśnie te zdobycze techniki wprawiły w zdumienie Henryka Walezego, gdy przybył do Polski, aby przez kilka miesięcy zasiadać na tronie Rzeczpospolitej. Zasiadał też w dworskich ubikacjach. Takich rozwiązań w ówczesnej Francji nie znano. Walezy zresztą, już po ucieczce do ojczyzny zginął, zasiadając na krześle przystosowanym do defekacji i jednoczesnego udzielania audiencji. Taki tam elegancki, francuski zwyczaj. Zamachowiec wykorzystał fakt, że król nie mógł szybko poderwać się z sedesu i zadał mu cios nożem w brzuch.
Długosz był uciążliwym sąsiadem
Średniowieczne prawo brało pod uwagę dyskomfort, jakim mogła być dla sąsiada obecność ubikacji tuż przy granicy działki. Ortyla magdeburska z Wrocławia precyzowała: „Kiedy mają dwa między sobą murowaną ścianę, (…) a jeden chciałby podle ściany sracz czynić… to (…) ma począć kopać (…) trzy stopy od swego sąsiada muru podług prawa”. Oczywiście wielu łamało te przepisy, „umilając” sąsiadom życie fetorkiem, dobywającym się z latryny. Nasz dziejopis Jan Długosz został oskarżony o postawienie latryny tuż przy murze granicznym, obok studni sąsiada. I nie chodziło o względy sanitarne, a jedynie o przykry zapach wody ze studni w sąsiedztwie ubikacji.
Szalet wkracza na dziejową scenę
Przez stulecia mieszkańcy Wrocławia załatwiali nawet te grubsze potrzeby po bramach, w zaułkach, a niekiedy w parkach. Co ciekawe, gdy bawiłem w kraju naszych zachodnich sąsiadów jako gastarbeiter, ku mojemu zaskoczeniu wielokrotnie widywałem w miejscach wcale nieodludnych, ów malowniczy motyw „mężczyzny sikającego w pejzażu”. O wiele częściej niż u nas. Dobrze, nie brnę w tę dygresję. Otóż w dziewiętnastowiecznym Wrocławiu można było nieźle wdepnąć nawet we własnej bramie. Postanowiono w najbardziej narażonych miejscach wznieść publiczne szalety. Pierwsze tego rodzaju obiekty pojawiły się w latach 70. XIX wieku. Na przełomie XIX i XX stulecia we Wrocławiu było około 70 publicznych toalet. Szalet zbudowany w neobarokowym stylu stoi do dziś przy ul. Świdnickiej, a właściwie przy uliczce Bożego Ciała za dawnym odwachem. Nowoczesny, gustowny, od razu wzbudził sensację. Zaopatrzony był w górnopłuki. Wrocławianie podziwiali zmyślność tego wynalazku – do przybytku ustawiały się kolejki. Rozsądnie rozdzielono część dla mężczyzny i dla kobiet.
Architekci tamtych czasów nie widzieli nic ujmującego ich godności w projektowaniu wychodków. We Wrocławiu pojawiły się toalety zaprojektowane przez samego Richarda Plüddemanna, architekta miejskiego – pisałem o nim w poprzednim odcinku tego cyklu. W realizacji tego zadania współdziałał z Karlem Klimmem, magistrackim radcą budowlanym. Obaj panowie opracowali system w taki sposób, że u schyłku XIX wieku sieć szaletów jest dość gęsta. Nikt przyłapany na sikaniu w krzakach nie mógł się tłumaczyć, że „panie władzo kochany…nie zdążyłem….” Te szalety zazwyczaj mają dwie części. Większą z oddzielnymi kabinami dla kobiet i mężczyzn, co pozwało przedstawicielom obu płci załatwiać swoje potrzeby w niekrepujący sposób. Do większego budyneczku przylega mniejsza część, mieszcząca pisuary. Zdarzało się, że wznoszono tylko pisuary… Taki obiekt możemy zobaczyć w parku na pl. św. Macieja – do dziś funkcjonuje! Rzecz ciekawa — pisuary były darmowe, natomiast za korzystanie z kabin należała się oplata 10 fenigów.
Szalet przy ul. Poniatowskiego był rozwiązaniem modelowym. Miał ogrzewane wnętrze, bieżącą wodę. Luksus. Szaletów było naprawdę sporo i niektóre nadal spełniają swoją rolę. Trzeba też przyznać, że twórcy zazwyczaj nadawali im eleganckie historyzujące formy — bo kiedyś to nawet szalet musiał być piękny! Nie miałbym nic przeciw temu, aby mieć domek letniskowy o takiej architekturze.
Fotografie: Juliusz Woźny
HITstory Wrocławskie i dolnośląskie sensacje, zagadki i sekrety





